Bartosz

Ucieczka

 

Zdarzyło się to, kiedy chodziłem do drugiej klasy. Czyli dość dawno. Razem z kolegami musieliśmy po lekcjach zostawać w świetlicy, bo rodzice twierdzili, że za mali jesteśmy, aby wracać do domu bez opieki dorosłego. Zupełnie nie rozumieliśmy takiego podejścia do ośmiolatków. Czuliśmy się wtedy ograniczani. Potrzebowaliśmy więcej swobody i wolności. 

To był przyjemny, ciepły, jesienny dzień. Jak co dzień po lekcjach kazano nam iść na świetlicę zjeść obiad. Nie byliśmy głodni. Na dodatek z kuchni wydobywał się dziwny zapach, który bez przesady można nazwać smrodem. Kacper mówił, że to spalone kotlety, inny, że słyszał o brudnej szmacie, która wpadł kucharce do zupy i pojawiło się jeszcze kilka innych podejrzeń dotyczących niezbyt przyjemnego zapachu. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że ten obiad nie nadaje się do jedzenia. Postanowiliśmy wbrew zakazom wyjść na spacer, bo szkoda marnować tak pięknego dnia. Trzeba było jednak obmyślić plan jak niepostrzeżenie wydostać się ze szkoły. Głównego wejścia pilnował bardzo czujny strażnik w postaci siostry Barbary, którą mimo wszystko bardzo lubiliśmy za te pochowane po kieszeniach cukierki. Gdyby ona podawała obiad to pewnie bilibyśmy się o miejsca na stołówce. Tak jednak nie było, więc trzeba było ze szkoły zwiać. Jedyną drogą ucieczki okazało się okno na parterze w ubikacji. Rzadko w niej bywaliśmy, bo lekcje najczęściej odbywały się na drugim piętrze. Jakież, więc było nasz zdziwienie, kiedy zamiast ujrzeć „ściankę wspinaczkową”, czyli ścianę, po której pięły się różne rury, aż do okna umieszczonego przy suficie, zobaczyliśmy drzwi z napisem „środki chemiczne”. Już wydawało się, że nasz plan nie wypali. Jednak nieco dalej, zauważyłem kabinę z ubikacją, w której było małe okienko. To była ostatnia deska ratunku. Z naciskiem na słowo DESKA. Postanowiliśmy wspiąć się po niej na parapet i stamtąd już tylko droga na świeże powietrze. Podekscytowani rozpoczęliśmy grę „Papier, kamień, nożyce”, aby wylosować pierwszego śmiałka. Oczywiście przegrałem, a więc wyznaczono mnie, jako pierwszego. Rozpocząłem wspinaczkę. Na początku wszystko szło dobrze. Wydawało się, że nawet zsuwające się spodnie, bo miałem nieco luźne, nie przeszkodzą mi osiągnąć szczyt. Jednak będąc prawie na mecie okazało się, że okno nie ma klamki. Nie dość, że nie miałem się już, czego złapać to jeszcze okazało się, że okna nie da się otworzyć. Z hukiem runąłem w dół, urywając deskę klozetową i nabijając sobie wielkiego siniaka na udzie. Wszystko mnie bolało, ale nie to było najważniejsze. Chłopaki od razu przybiegli mi na ratunek. Wyciągnęli mnie stamtąd i zaczęliśmy próbować naprawiać deskę, bo słychać już było tępy tupot butów na obcasie. Udało się ją z powrotem przymocować, ale niestety pierwsza próba sprawdzenia czy wszystko jest na miejscu okazała się porażką. Usiadłem na niej łamiąc ją w dwóch miejscach. Tego się nie spodziewałem tym bardziej, że w tym momencie weszła Pani, której twarz tak się wykrzywiła od gniewu, że w pierwszym momencie nie mogłem jej rozpoznać. Być może też przez to, że bardzo spociły mi się oczy.

Dlaczego nie jesteście w jadalni? Wszyscy Was szukają. – Powiedziała Pani

Bo myliśmy ręce. – Odpowiedział Kuba wybiegając, a za nim reszta chłopców.

Ja oczywiście byłem ostatni, dlatego Pani złapała mnie za rękę i zapytała:

– Bartek, co tutaj się wydarzyło?

– W sumie to nic takiego proszę Pani. Tylko deska się złamała, bo takie dziadostwo teraz sprzedają w tych sklepach. Szkoda gadać! –  Odpowiedziałem wybiegając z ubikacji.

Jedząc obiad na jadalni żaden z nas się nie odzywał. Udawaliśmy, że nic się nie stało, ale baliśmy się konsekwencji. Nic się jednak nie wydarzyło, dlatego z ulgą wracałem do domu. Tam jednak okazało się, że dzień nie zakończy się tak dobrze jak myślałem. Mama już o wszystkim wiedziała. Została wezwana do szkoły.

            Na drugi dzień do szkoły zaprowadził mnie niestety tata. Bałem się. Serce waliło mi jak oszalałe, ale nie dałem tego po sobie poznać. Razem weszliśmy do gabinetu Siostry Dyrektor. Po grzecznym przywitaniu, ze spuszczoną głową opowiedziałem o tym jak zbyt mocno usiadłem na desce a ona się złamała. Dodałem też swoje przemyślenia o wątpliwej jakości materiałów, z których wykonywane są teraz różne przedmioty oraz zacytowałem słowa mojej babci „ co tanie to drogie”. Pani Dyrektor w milczeniu wysłuchała mojej opowieści, po czym kazała mi iść do sali na lekcje. Biedny tata został z nią sam. Bałem się o niego bardziej niż o siebie. Siostra nie wyglądała na zadowoloną, a w swojej szarej sukience wydawała się surowa i niedostępna. Przeszła mi przez głowę taka myśl, że to niesprawiedliwe, że tata musi teraz odpowiadać za moje przewinienia, ale szybko o tym zapomniałem wchodząc do klasy, w której trwała już lekcja języka polskiego.

            Kolejny dzień w szkole minął dość przyjemnie. Chłopaki ciągle dopytywali się czy ich „wkopałem”. Zapewniłem wszystkich, że cała akcja pozostanie naszą tajemnicą. Dorośli poznali tylko część prawdy. Postanowiliśmy obmyślić, na przyszłość lepszy plan.

            Po powrocie do domu rodzice przeprowadzili ze mną „poważną” rozmowę. Oczywiście mówili coś o bezpieczeństwie, ostrożności i takie tam bzdury, o których przecież ja, jako ośmiolatek już dawno wiedziałem. Na koniec tata poprosił mnie o wyciągnięcie skarbonki. Domyśliłem się, że będę musiał oddać pieniądze za zakup nowej deski. Miałem 200zł, które zbierałem już długi czas na hulajnogę.

– Oddajesz wszystko, co masz w skarbonce – powiedział tata

– Jak to! To niesprawiedliwe! Deski tyle nie kosztują – zbuntowałem się

– Co tanie to drogie – powiedział tata, dodając, że kupi najdroższą deskę, jaką znajdzie w sklepie, aby kolejna już się nie złamała.

            Jestem dumny z siebie i chłopaków, że udało nam się zachować tajemnicę, mimo dotkliwych strat, jakimi była utrata dużej sumy pieniędzy. Uznałem, że ważniejsze od pieniędzy są przyjaźń i zaufanie. Na szczęście nigdy już do naszego planu nie wróciliśmy.

Plastyka